Żródło: http://anno.onb.ac.at/ (public domain)

W naszej pracy, jako PR-owcy staramy się używać języka poprawnego pod względem gramatyki, ortografii, ale również takiego, który w żaden sposób nie dyskryminuje i nie wyklucza. Czasem można obrazić rozmówcę używając zwrotów, które w potocznej opinii są neutralne. W dyskursie publicznym problem ten najczęściej dotyczy nazw identyfikujących grupy ludzi lub pojedyncze osoby pod względem pochodzenia, orientacji seksualnych czy płci. Ostatnio szczególnie trudne stało się opisywanie zawodów kobiecych. Gościnie, posłanki, ministerki, czyli feminatywy, które swego czasu wywołały gorące dyskusje nie tylko w środowisku politycznym, feministycznym ale także wśród znawców języka polskiego, bywają problematyczne również w naszej pracy.

W teorii powinniśmy pisać: reżyserki, żołnierki, stolarki. Potwierdziło to stanowisko Rady Języka Polskiego z 25 listopada 2019 r., która orzekła, że formy żeńskie rzeczowników są naturalnym zjawiskiem z długą tradycją. Rada przypomniała, że w polszczyźnie potrzebujemy większej, a najlepiej pełnej symetrii nazw osobowych żeńskich i męskich. To ciekawe zjawisko rosnącej liczby feminatywów w swojej pracy analizowały też naukowczynie z Uniwersytetu Wrocławskiego i stworzyły “Słownik nazw żeńskich polszczyzny” (wydany 2015 r.) zawierający ponad 2100 feminatywów występujących w języku polskim od XIX wieku do współczesności. Liczy on sobie 684 strony, także nie jest to lekka lektura, ale warto zajrzeć, choćby po to by zobaczyć, że tworzenie feminatywów nie jest nowym trendem postulowanym przez feministki. Naukowczynie dowodzą swoimi badaniami, że żeńskie formy rzeczowników to polska tradycja językowa. Już w okresie powojennym nastąpił wysyp określeń nowych ról i zajęć wykonywanych przez kobiety typu: murarki, traktorzystki, agronomki.

Teoria teorią, ale co z praktyką? Zdarza się, że niektóre specjalistki i dyrektorki wolą być nazywane specjalistami i dyrektorami. Jak znaleźć złoty środek? Część osób, których feminatywy oburzają powołuje się na prestiż, który tracą, gdy są określane żeńską odmianą słów. Warto jednak uświadomić im, że w dzisiejszych czasach ten argument traci rację bytu, bo w czym jest gorsza doktorka od pana doktora? Co, więcej takie stanowiska i opinie podkreślają nierówność i niesprawiedliwość płciową. Fakt, że w języku polskim istnieje więcej męskich form i rzadziej używano tych mniej popularnych żeńskich sprawił, że feminatywy brzmią dziś dla nas jak coś nienaturalnego. Socjolożki, psycholożki też kiedyś wywoływały śmiech, ale z czasem osłuchaliśmy się z nimi i niemal spowszedniały. Podobnie będzie z gościniami i ministrami. Język jest tworem żywym, ewoluuje wraz z cywilizacją. Gdybyśmy tak samo negatywnie reagowali na wszelkie przejawy nowomowy jak w przypadku feminatywów, to zapewne w słowniku języka polskiego nie znaleźlibyśmy dziś słowa Internet czy tablet.

Słowa, które dla nas dorosłych wydają się być trudne i nieco sztuczne, dla młodego pokolenia są wręcz naturalne. Gdy my łamiemy sobie język by powiedzieć, albo zapisać chirurżka czy leksykolożka, w tym czasie  4-letnia dziewczynka płynnie opowiada w przedszkolu o tym, że albo zostanie strażaczką, albo cukiernicą (cukiernicą, bo cukiernik to przecież chłopiec). Uczmy się od dzieci, one nie wiedzą co to feminizm, nierówność płciowa, a tym bardziej feminatywy, a mimo to świetnie radzą sobie z tą naszą trudną polszczyzną.

 

Foto: http://anno.onb.ac.at/ ; (public domain) ; Kuryer Lwowski (1.01.1925)